piątek, 17 października 2014

Witajcie
Nie, to nie rozdział niestety. Przepraszam za tak długą nieobecność, nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Postaram się to naprawić, ale nic nie obiecuję.
Jak wam się podoba nowy wygląd strony? Bardzo dziękuję Belli, która poświęciła swój czas i zajęła się nią.
Dziękuję również Aliss, dzięki której zebrałam się w sobie i napisałam dzisiaj tego posta.
Jeszcze raz przepraszam za zwłokę. Postaram się dodać rozdział jak najszybciej.
Panna Riddle

wtorek, 12 sierpnia 2014


Strasznie przepraszam za tak długi czas nieobecności. Moja wena mnie olała i zrobiła sobie wakacje. Mam nadzieję, że ktokolwiek czyta moje wypociny. Jeśli tak, to proszę o komentarze. Postaram się wstawić kolejny rozdział jak najszybciej.

Dagna Płecha – cieszę się, że ci się spodobało. Mam nadzieję, że kolejny rozdział cię nie zawiedzie :D
Rina L. – niezmiernie mi miło J
Ginger – dziękuję za miłe słowa :D


Rozdział 14
W lesie
  
Fala światła przepłynęła po pokoju, by po chwili wrócić i z impetem uderzyć w nic niespodziewającego się chłopaka. Harry instynktownie zamknął oczy, by po chwili poczuć jak światło próbuje rozerwać go z każdej strony. Dla zwykłego śmiertelnika ten ból byłby niewyobrażalny, jednak Harry był przyzwyczajony do bólu. Od zawsze ból był nieodłącznym elementem jego egzystencji. Po tylu latach maltretowania i poniżana nauczył się z tym żyć. Jego nauczyciel na szkoleniu był szczerze zdziwiony, gdy po jedynie trzech dniach potrafił w milczeniu przetrzymać zaklęcie torturujące. Lekki grymas, który w ułamku sekundy zniknął z twarzy chłopaka był dowodem, że w ogóle coś poczuł.


Zniknął z gabinetu, by po chwili spaść z dziesięciu metrów na ostre skały. Tylko szybki refleks uchronił go od upadku, który zapewne przyniósłby ze sobą niemiłe konsekwencje. W ułamku sekundy zmienił się w pięknego orła, który już bezpiecznie wylądował na ziemi.

Harry już jako człowiek sprawdził, czy wszystko jest na swoim miejscu. Na szczęście, każdy ze sztyletów przylegał do nogi a nieodłączna katana lekko obciążała plecy. Dopiero teraz pozwolił sobie na sprawdzenie, gdzie się znajduje. Przed nim rozciągał się ogromny las, z którego biła aura mocy. Pozwolił sobie na lekkie rozluźnienie. Po prostu uwielbiał takie lasy, kochał kryjące się w nich tajemnice. Czuł się bezpiecznie w samym sercu gęstwiny, która jest domem dla niezwykłych zwierząt. Utożsamiał się z naturą pozwalając, by ta troskliwie się nim zajęła. Dla niego las był jak kochająca matka, która cieszy się z powrotu syna.

Po krótkiej chwili spędzonej na kontemplacji, ruszył spokojnym krokiem w stronę puszczy. Jego oczy po krótkiej chwili przyzwyczaiły się do ciemności, która pojawiła się, gdy tylko przeszedł kilka kroków w głąb lasu. Dzikość, która się ukazała była zniewalająca. Drzewa pokazywały mu swoją potęgę stojąc dumnie. Nieokiełznane pnącza, dzika trawa i te rośliny, które wydają się być jedyne w swoim rodzaju. To po prostu było piękne.

Nie wiedział, ile czasu już spędził w środku. Słońce nie docierało do niego. Gęste korony drzew nie pozwalały na to. Szedł powoli rozglądając się na wszystkie strony. Medalion wiszący na szyi wskazywał drogę, lekko ciągnąc go w stronę celu.

W pewnym momencie zatrzymał się. Łańcuszek nieprzyjemnie podrażniał jego skórę. To było dziwne. Jeszcze ani razu nie spotkał nic, co mogło zagrażać jego życiu. Miał nieprzyjemne wrażenie, że coś mu umyka.

Spojrzał na rozciągającą się przed nim skarpę. Miała może z piętnaście metrów? Jego wyczulony zmysł wzroku dostrzegł małe wgłębienie w ziemi, które mogłoby być tunelem. Medalion po prostu wyrywał mu się z rąk w jego stronę. Chciał już zmienić się w ptaka, dzięki któremu mógłby spokojnie zlecieć na dół, kiedy usłyszał głośny ryk dochodzący zza jego pleców. Powoli odwrócił się o 180 stopni, by zobaczyć przyczynę dźwięku. Jego źrenice rozszerzyły się, gdy go zobaczył. Przed nim stała postać przypominająca człowieka, mierząca około dwa metry. Skóra porośnięta była brązowym futrem. Niegdyś przystojna twarz była rozorana przez liczne blizny pozostawione po pazurach jakiegoś drapieżnika.  

Odruchowo cofnął się o krok, popełniając tym niewyobrażalny błąd. Postać poruszyła się wyrwana jakby z letargu i warknęła. Nie słysząc odpowiedzi postanowiła użyć swojego zmysłu węchu. Harry jak zahipnotyzowany obserwował postać, która z dziką gracją szła w jego kierunku. Obeszła go dookoła wydając pomruk aprobaty, czym przywróciła Harry’ego do rzeczywistości. Harry uważnie obserwował drapieżnika nie ważąc się ruszyć choćby o milimetr. Bestia kilka razy okrążyła chłopaka, co chwilą powarkując.

Postać była coraz bliżej, co chwila wąchając i dotykając. I gdy już miała przejechać ostrymi pazurami po policzku Harry’ego, coś zaszeleściło w krzakach. Harry zdał sobie sprawę, że to może być jedyna szansa na ucieczkę. Pomyślał o zwierzęciu, jak to zwykle robił, gdy chciał się zmienić, jednak ku jemu przerażeniu nic się nie stało. Spróbował jeszcze raz, ale z takim samym rezultatem.

Przeraził się nie na żarty, jednak, tak jak go wyszkolono, zachował zimną krew. Przeleciał wzrokiem skarpę, niemal wzdychając z ulgą, gdy zauważył lianę zwisającą z drzewa. Zerknął jeszcze na zwierzę, jednak to dalej szukało w krzakach źródła hałasu.

Raz kozie śmierć.

Skoczył.

Jego mięśnie naprężyły się, gdy złapał się grubego pnącza. Odwrócił się do góry nogami, owijając sobie bluszcz wokół stopy. Powoli zsuwał się na dół, uważając na zwisające gałęzie.

Nie dane mu było się długo cieszyć. Harry zauważył, że liana kończy się kilka metrów nad „ziemią”. W rzeczywistości podłoże było wyłożone ostrymi kamieniami. Obok jednego z ich leżał groteskowo powykręcany szkielet człowieka.

Bystre oczy dostrzegły prostszy głaz leżący ok. ośmiu metrów od zwisającej liany. Spróbował jeszcze użyć magii, ale bez większych rezultatów.

Postanowił się rozbujać. Najpierw powoli, potem z coraz większą siłą. Pnącze zaprotestowało na takie traktowanie wydając z siebie nieprzyjemne dźwięki. Harry jeszcze raz się poruszył przygotowując się do skoku, kiedy nagle roślina puściła. Chłopak ustawił się pod odpowiednim kątem, lecąc prosto w stronę ostrych odłamków. Ciszę przerwał dźwięk rozrywającego materiału. Całe ramię młodzieńca zostało rozorane przez ostrą krawędź bloku. Krew rozbryzgała się po podłożu, szybko pozbywając Harry’ego energii. Ten, na wpół świadomie sięgnął po saszetkę, wyjmując kilka fiolek. Rana była na tyle głęboka, by użycie dyptamu nie zdziałało za wiele. Chłopak odkorkował flakonik z kolorową substancją, którą rozprowadził bezpośrednio na ranę. Łzy feniksa wleciały do środka, odbudowując naderwaną tkankę. Po chwili po ranie zostało tylko lekkie zaczerwienienie. Zadowolony wypił łyk, by uzdrowić pozostałe potencjalne obrażenia po upadku.

Teraz, gdy pozbył się wszelkich urazów, powoli wstał i rozejrzał się. Pozostawiona przez niego krew mogłaby zwabić niebezpieczne zwierzęta. Niedobrze. Harry skupił się na swojej mocy na chwilę zamykając oczy. Jeżeli nie usunie plam oraz zapachu, zlecą się wszystkie drapieżniki wraz z tym na górze. Spróbował jeszcze raz użyć magii. No proszę, muszę zdobyć tą książkę, zrobię wszystko!!!

I wtedy stało się. Czysta energia eksplodowała z niego rozchodząc się po lesie. Zwierzęta, które podkradały się do niego zawróciły przerażone.

Harry powoli otworzył oczy. Źrenice gwałtownie się rozszerzyły, gdy zobaczył to, co zrobił. Wszystkie kamienie o promieniu dwudziestu stóp od niego popękały zamieniając się w drobny żwir. Z niewielkiego krateru, a którym stał, unosiły się kłęby dymu. Skalna półka, na której znajdował się pięć minut temu, zsunęła się na dół. Jego włosy unosiły się wysoko, jakby potraktowano je prądem.

Powoli, otrząsając się z amoku, ruszył w stronę wgłębienia. Wkroczył do środka wraz z cichym odgłosem butów lekko stąpających po powierzchni skalnej. Musiał dostosować się do ciemności panującej w środku. Po chwili zapomniany już medalion zaczął emitować zielonkawym światłem. Impuls mocy rozświetlił całe pomieszczenie, zapalając okoliczne pochodnie. Jego oczom ukazała się ogromna płyta skalna, wyglądająca trochę jak ołtarz. Rozejrzał się dookoła. Spojrzenie zatrzymało się na ścianie, gdzie umieszczone zostały dziwne malunki. Na pierwszy rzut oka były niewyraźne, ale kiedy podszedł bliżej, by dokładniej przyjrzeć im się, mgiełka opadła ukazując instrukcje.

Intuicja podpowiadała, że wszystko w porządku, kiedy zdejmował koszulkę. Rzucił ją gdzieś na podłogę przyglądając się rysunkom na ścianie. Z lekkim wahaniem, położył się na plecach na kamiennym ołtarzu, mając na szyi medalion. Oczy zaczęły mu ciążyć, a głowa bolała, jakby rozsadzano ją na miliony kawałeczków. Reszty nie pamiętał.


czwartek, 10 lipca 2014

Rozdział 13
Pierwsza misja

Młody mężczyzna siedział na sofie jedząc spóźnione śniadanie. Na stoliku obok zastawy leżał kawałek pergaminu, na którym zapisana została wiadomość z prośbą o spotkanie. Za 10 minut miał się stawić u najpotężniejszego czarnoksiężnika na świecie. Na jego miejscu u większości osób ta krótka wiadomość od razu odebrałaby im nie tylko apetyt, ale i zdrowy rozsądek. Jednakże młodzieniec w spokoju dokańczał swój posiłek nie przejmując się najbliższymi godzinami. W końcu podniósł się z wygodnego siedzenia i skierował się w stronę garderoby w celu ubrania się.
Harry wyszedł z naręczem ubrań, które postanowił założyć. Nie minęła minuta, kiedy zakładał czarną niczym smoła maskę. Zrezygnował dzisiaj z niewygodnego „mundurka”, który zaplątywał się między nogi. Stanąwszy przed lustrem ujrzał tajemniczego mężczyznę, który niemal hipnotyzował swoimi zielonymi ślepiami. Miał na sobie czarne spodnie, które idealnie układały się na jego sylwetce, oraz lnianą białą koszulę. Czarna maska dodawała uroku oraz nieposkromionej dzikości. Zadowolony z osiągniętego efektu wyszedł na korytarz.


***


Siedział przy swoim biurku tonącym w zwojach pergaminu. Niemal każdy zawierał informacje o tajemniczej księdze, która może nie tylko pomóc w wygraniu wojny, ale także zwrócić jedyną osobę, którą do tej pory obdarzył miłością. No właśnie. Do tej pory. Nie wiedział, jak to się stało, że podczas tych kilku rozmów ten chłopak zdołał owinąć go sobie wokół palca. A teraz miał go puścić na cholernie niebezpieczną misję, która może mu go odebrać? Ale niestety wiedział, że tylko Harry może ją wykonać. Tylko on.

Pogrążony w myślach, nie zauważył, że nie jest już sam w gabinecie. Dopiero dźwięk odsuwanego krzesła przywrócił go do rzeczywistości.

Po drugiej stronie jego biurka siedział młodzieniec, od którego biła niebywała aura siły i potęgi. Harry diabelnie przystojnie wyglądał w czarnej masce, która dodawała mu tajemniczości idealnie komponując się z dobranym strojem. Gdy tylko to sobie uświadomił, jego poprzednie obawy, co do wyprawy diametralnie się zmniejszyły.

- Widzę, że już się rozgościłeś? – zapytał, wskazując na szklankę w ręku gościa

- Śniłeś tak mocno, że nie obudziłby cię nawet konwój Aurorów stojących na czele z Dumbledorem rozdającym wszystkim naokoło cytrynowe dropsy.

Mężczyzna skrzywił się niezauważalnie, po czym kontynuował

-  Musimy ustalić szczegóły twojego wyjazdu.

Harry usiadł wygodniej z nowym zainteresowaniem zaczął słuchać starszego mężczyzny.

- Musisz zdobyć siedem symboli, prawdopodobnie kamieni, żeby zdobyć księgę. A to – powiedział podając mu medalion, z którego wydobywało się lekkie światło - pomoże ci dotrzeć na miejsce. To świstoklik, ale nie tylko. Z moich obliczeń wynika, że o szóstej rano zabierze cię do małego miasteczka w Bułgarii. Tam, medalion skieruje cię do celu.


Omówienie szczegółów zajęło im dobrych kilka godzin. Dopiero, gdy byli przekonani, że wszystko, a przynajmniej najważniejsze rzeczy zostały ustalone, Harry mógł wrócić do siebie, by przygotować się do podróży.

Teraz siedział w garderobie próbując wybrać jakieś ubrania. Wiedział, że nie może wziąć dużego pakunku, który mógłby uniemożliwiać wykonanie misji, dlatego do specjalnie doczepionej saszetki, oczywiście wcześniej potraktowanej zaklęciem zmniejszająco- zwiększającym, włożył bezrękawnik i lekkie spodnie (na wszelki wypadek), oraz trochę suchego jedzenia i wodę. Naszyjnik będzie miał na szyi, więc nie wkładał go do środka. Zadowolony, postanowił zmienić ubranie. Założył czarny bezrękawnik oraz dresowe spodnie. Nie miał ochoty teraz siedzieć i rozmyślać nad tym, postanawiając poćwiczyć. Pamiętając z mapki, mniej więcej wiedział, gdzie znajduje się sala do ćwiczeń. Może będę miał szczęście i nikogo tam nie będzie. Jednak wolał nie ryzykować, zakładając swoją nieodłączną już maskę. Wyszedł z pokoju, poprzednio zabezpieczając go. Wolał nie ryzykować, że jakiś imbecyl będzie ciekawy i sobie wejdzie. Co to to nie.

Lawirował korytarzami tak, jakby chodził nimi już od najmłodszych lat. Podświadomość podpowiadała mu właściwą drogę. Z każdymi, przynajmniej w większości, mijanymi drzwiami, pokazywał mu się obraz pomieszczenia. Harry podejrzewał, że magia tej posiadłości rozpoznawała go, pokazując nowemu właścicielowi wszystko, co tu się znajduje.

W końcu dotarł na miejsce. Gdy tylko podszedł do wielkich, dębowych drzwi, te ustąpiły, otwierając się na oścież. Jego oczom ukazała się ogromna sala, która z pewnością mogła się równać z Wielką Salą w Hogwarcie. Drewniana podłoga była w miejscach wyłożona miękką matą. Koło ścian z białego marmuru stało kilka ławek. Przy drzwiach stały misternie rzeźbione kolumny, na których widniały węże. Jednak największą uwagę Harry’ego zwracał wyryty złotymi literami napis na podłodze przy wejściu. Zostało to napisane w wężomowie, dlatego tylko osoby posiadające dar, mogły odczytać te słowa.

Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie pokonany.

Dopiero teraz Harry zwrócił uwagę, że nie jest sam. Na środku Sali stały manekiny treningowe, które próbowały zabić mężczyznę. Ten płynnie eliminował kolejne kukły. Najwidoczniej jeszcze nie dostrzegł obecności Harry’ego, ponieważ był głęboko pochłonięty walką. Harry błyskawicznie ukrył się w cieniu obserwując nieznajomego. Próbował przypomnieć sobie jego tożsamość, jednak dopiero, gdy zobaczył kukłę przypominającą Szalonookiego, przypomniał sobie wspomnienie pokazane przez Syriusza, kiedy kilkanaście lat temu Moody pokonał szaleńca, Evana Rosiera.

Harry przyglądał się mężczyźnie z ciekawością pomieszanej z szacunkiem, ponieważ niełatwo oszukać starego Aurora, który nie popełnia takich błędów. Dopiero, gdy już ostatnia kukła padła na ziemię (Moody), postanowił się ujawnić. 


***

Evan postanowił poćwiczyć walkę bronią białą, dlatego skierował się do niedostępnej dla innych Śmierciożerców sali do ćwiczeń. Czarny Pan udostępnił mu ją, chcąc utrzymać jego przeżycie w tajemnicy. Jego niegdyś przystojną twarz szpeciła teraz blizna na prawym policzku. Przeklęty Moody.

Nie mając wielkiego wyboru wyczarował kilka manekinów, rzucając jeszcze czar, by atakowały. Miał już dość walki z manekinami. Chciał zmierzyć się z kimś, kto nie jest drewnem. Po krótkim zastanowieniu zmienił jedną z kukieł w podobiznę cholernego Aurora, po czym rozpoczął walkę.

Jego umysł wyłączył się na świat zewnętrzny, był głodny krwi. Chciał wykończyć rzucające się na niego zaczarowane drewniane kukły. Jego oczy zarejestrowały, że na polu walki został tylko Moody. Rzucił się na niego z nową siłą, przecinając manekin niemal na pół.

Dopiero teraz jego mózg zarejestrował otoczenie. Sala do ćwiczeń była zagracona przez połamane drewniane manekiny ćwiczebne. Jednym machnięciem różdżki pozbył się drewna.

- Brawo! – usłyszał klaskanie od strony wejścia. – Doskonale, panie Rosier.

***

Harry wyszedł ze swojej kryjówki klaszcząc w ręce.

- Brawo! - zauważył nagłe spięcie ramion towarzysza. – Doskonale, panie Rosier.

Evan dopiero teraz zobaczył czarną maskę na twarzy drugiej osoby. Widział go na spotkaniu wewnętrznego kręgu. Stał wtedy w cieniu, pod zaklęciem kameleona. Już chciał się ukłonić, jednak powstrzymał go głos towarzysza.

- Nie musisz mi się kłaniać Evanie, nie zrobiłem nic, żeby sobie na to zasłużyć. Widzę, że wiesz, z kim masz do czynienia.

- Tak, Panie.

- Więc jednak to ty siedziałeś pod kameleonem na zebraniu.

- Ale jak…

- Powiedzmy, że to będzie mój mały sekret. A teraz, co powiesz na małą rundkę? – zapytał, wyciągając swoje nieodłączne ostrze.

- Z przyjemnością, Panie.

Harry zmienił swoją twarz oraz włosy, po czym zdjął maskę.

Evan z niemałym szokiem obserwował, jak włosy z czarnych, zmieniają kolor. A więc metamorfomag, ciekawe.

Oboje ustawili się na środku w pozycji bojowej. Obserwowali siebie nawzajem, czekali na odpowiedni moment, by zaatakować. Zaczęli się poruszać, robiąc koło. Stawiali ostrożnie swoje kroki. Wyłączyli się na świat zewnętrzny. Liczył się tylko przeciwnik.
Po krótkiej chwili katana Harry’ego zetknęła się z ostrzem Evana. Walka się rozpoczęła. Atak. Obrona. Unik. Kolejna obrona. Następny atak. Oboje poruszali się z gracją, płynnie atakując. Ich pojedynek przypominał pełen dynamiki taniec kochanków. Na ich ciele kropelki potu mieszały się z krwią, która wypływała z malutkich ran zadanych przez przeciwnika. W sali było słychać tylko nierówne oddechy i uderzającą o siebie stal. Po dłuższym czasie Harry zauważył lukę w obronie, którą natychmiast wykorzystał. Przeciwnik runął z impetem o ziemię a przy jego gardle pojawiło się ostrze, które mogłoby go przeciąć na pół. Jego miecz został odrzucony przez nogę Harry’ego, który sam odłożył swój, podając rękę. Nie spodziewał się, że zostanie pociągnięty, więc wylądował na ziemi przyciśnięty przez umięśnione ciało przeciwnika. Evan jak zahipnotyzowany wpatrywał się w głęboką zieleń oczu towarzysza nieświadomie przybliżając się, jednak w ostatnim momencie opamiętał się, schodząc z mężczyzny.

Harry wstał nie komentując tego, co przed chwilą zaszło. Przywołał skrzata, który po chwili przyniósł im zimną wodę.

Evan nigdy w życiu się tak nie zachowywał. Co to miało być? Kurwa, chciałem pocałować Czarnego Księcia. Co mi odpierdoliło? Chcąc się czymś zająć, wziął butelkę wody.

- To była świetna walka. Trzeba będzie kiedyś to powtórzyć.

- Tak, muszę się zrewanżować.

Po krótkiej wymianie zdań, każdy poszedł w swoją stronę.


***


Harry po kąpieli wszedł do biblioteki z zamiarem poszukania czegoś, co nadałoby się na zajmującą lekturę. Chciał zająć czymś czas, by nie myśleć o jutrzejszej wyprawie. Wziął jakąś książkę z działu zaklęć starożytnych i skierował się do sypialni. Tam, na żerdzi, koło łóżka siedział Cry. Siedział i płakał do jakiegoś naczynia. Harry nie mógł się nadziwić pomysłowości tego ptaka. Tylko jemu opowiedział o wyprawie.

Gdy tylko feniks przestał płakać, Harry wziął fiolkę zabezpieczoną czarem przed stłuczeniem się i przelał bezcenne łzy ptaka. Napełnił ją do pełna, nie zostawiając ani kropli cieczy. Z fascynacją oglądał, jak pod wpływem światła, ciecz połyskuje kolorowymi refleksami. Uśmiechnął się z wdzięcznością do ukochanego ptaka, po czym schował łzy.


***


Ranek nastał szybciej, niż się tego spodziewał. Harry już ubrany skierował się do gabinetu Riddle’a. Mając na szyi rozświetlony już medalion, otworzył drzwi.

- Pamiętaj, o czym ci powiedziałem. Od tego zależy życie nie tylko jednej osoby. Harry, uważaj…

Nie zdążył usłyszeć końca wypowiedzi ojca, ponieważ pomieszczenie zalała fala światła, która zabrała Harry’ego w nieznane.


piątek, 27 czerwca 2014

Heeeeeeeeeej wam!!!
Jak tam koniec roku???
U mnie bez ekscesów. Dlatego by umilić wam i mi życie wstawiam rozdział. Miłego czytania i czekam na komentarze!!! :D


To może wam się przydać:
~tekst ~ telepatia
Rozdział 12
Niespodzianka!!!

Nie wiedział, gdzie się znajduje. To, co się działo poprzedniej nocy zostało bezpowrotnie zapomniane. Przyczyną tego było zalanie się w trupa. Otworzył oczy, czego od razu pożałował. Został oślepiony przez bezlitosne promienie słoneczne, czego skutkiem były potężne zawroty głowy. Zamknął je niemal natychmiast, po czym zaczął szukać w kieszeni zbawiennej mikstury. Dopiero po opróżnieniu fiolki mógł bez problemu otworzyć swoje stalowo- szare oczy. Jego zmysły zarejestrowały totalny bałagan w pokoju. Jak ja się zdołałem tu dostać!? Powoli podniósł się z wygodnego łóżka, które mogłoby pomieścić z sześć osób, po czym zaczął się rozglądać za swoimi ubraniami. Po krótkich oględzinach zrezygnował wzywając skrzata. Podczas, gdy ten sprzątnął i przyniósł świeże ubranie, blondyn skierował się do łazienki.

Ubrany i uczesany wyszedł z pokoju. Zegar na korytarzu wskazywał godzinę 14.39. Wiedząc, że klub o tej porze jest zamknięty, skierował się na schody.

Na dole, przy stoliku siedział Wujek, popijając swoją kawę. Na blacie stał jeszcze jeden kubek z parującą cieczą oraz smakowicie wyglądające kanapki. Tylko jego arystokratyczne wychowanie nie pozwoliło mu rzucić się na jedzenie.

- Witaj Draco.

- Hej Wujek – odpowiedział po przełknięciu – A gdzie Harry?

- Nie miał ochoty na imprezę, więc wyszedł gdzieś o pierwszej w nocy.

- Co? Przecież miał mnie zabrać ze sobą.

- Zrezygnował, kiedy zeskoczyłeś z baru i tanecznym krokiem podszedłeś do niego, by po chwili zacząć go rozbierać.

Draco zbladł. Co!!! Ja pierdolę. O kurwa mać. Muszę być ostrożniejszy.

***

Malutki, kolorowy ptaszek siedział na swojej żerdzi. Był zadowolony. Miał wspaniałego pana. Doskonale pamiętał jak Harry (bo tak kazał na siebie mówić) opowiadał o sobie, kiedy był jeszcze w tej przeklętej skorupce. Przy okazji, miał z nią niemały problem. Kiedy w końcu się z nią uporał, niemal od razu został przygarnięty w delikatne ręce swój… Harry’ego. Sam nie wiedział, jakim sposobem Harry rozmawiał jego językiem. Myślał, że mogą się porozumieć jedynie telepatycznie. Ale, nieważne. Harry opowiedział mu o wszystkich swoich przygodach. Nieraz widział, jak wielkie krople jakiejś cieczy spływają mu z oczu. Chłopak dokładnie opisał wydarzenia jak i wszystkich ludzi, ale na razie widział tylko jego tatę? Czy jakoś tak. Mały feniks bardzo chciał zobaczyć takiego pana z czerwonymi włosami, którego j…Harry darzy takim uczuciem.

Cry, bo tak się nazywał, czekał na czarnowłosego roztrzepańca, jak go pieszczotliwie nazywał (nie, żeby kiedykolwiek mu o tym powiedział, ponieważ obawiał się, że może dogłębnie zapoznać się z diabelskim urządzeniem zwanym piekarnikiem). Było już późno, więc małe, jeszcze słabe zwierzątko zaczęło przysypiać, kiedy usłyszał otwierające się drzwi. Chcąc go przestraszyć, feniks schował się. Mała, kolorowa kuleczka od razu wtopiła się w tło…

***

Czerwonowłosy mężczyzna po cichu wkradł się do pokoju swojego ukochanego. Szybko sprawdził, czy nikogo nie ma, po czym zabrał się za sprzątanie. Główny salon wyglądał jakby przeszło tam tornado. Zaczął zbierać porozwalane wszędzie ubrania. Chciał już wziąć ostatnią (w jego mniemaniu) zwiniętą w kulkę koszulkę, kiedy ta niespodziewanie się poruszyła. Mały feniks zatopił swój dziób w ręce wampira. Raven syknął z bólu, kiedy zobaczył krwawą pręgę, która szybko przemieszczała się poprzez ramię…

***

Cry wtopił swój ostry dzióbek w rękę napastnika. Bardzo się przestraszył, kiedy ten mężczyzna po cichu wszedł do pokoju Harry’ego. Po chwili przypomniał sobie dokładnie wszystkie osoby opisane przez czarnowłosego. Jego patrzałki rozszerzyły się a nastroszone piórka wygładziły. W oka mgnieniu podleciał do mężczyzny siadając mu na ramieniu. Skierował łepek w stronę rany i uronił kilka łez. Rana po kilku chwilach zaczęła się zasklepiać. Przejechał jeszcze dziobkiem po zaczerwienieniu, by zneutralizować truciznę, która zdążyła rozprzestrzenić się już do przedramienia. Po skończonym procesie Mały zaśpiewał dla niego przepraszającą pieśń. W nagrodę został pogłaskany za łebkiem Ooo taaak… Właśnie tam. Jak faajnieee…

***

Raven przeraził się nie na żarty, kiedy poczuł truciznę rozprzestrzeniającą się w jego układzie krwionośnym. Jego rozszerzone oczy zarejestrowały, jak mały kolorowy ptaszek siada na jego ramieniu zaczynając leczyć oraz usuwać truciznę. Z niemałym zaskoczeniem zauważył malutką bliznę o bliżej nieokreślonym kształcie. Obiecał sobie w duchu sprawdzić ten symbol. Pogłaskał z wdzięcznością zwierzątko po łebku spoglądając z ciekawością na ptaszka. Dopiero teraz, kiedy adrenalina już opadła, skojarzył sobie, że to feniks, którego sam podarował. Roześmiał się na głos zwracając tym na siebie uwagę ptaka.

- Pamiętasz mnie? To ja podarowałem cię Harry’emu. Ty mały szkrabie, gratuluję ci, ponieważ niełatwo mnie zaskoczyć.

~ To ty? Harry mi o tobie wiele opowiadał. Najmocniej przepraszam cię za to, ale przestraszyłeś mnie! Normalnie na zawał nie padłem.~

- Przepraszam cię. Harry już cię nazwał?

~ Tak, nazywam się Cry.~

- Jest jakiś powód takiego oryginalnego imienia?

~ Harry mówi, że mi powie, kiedy podrosnę. A tak z ciekawości, co ty tu robisz?~

- Chciałem zaskoczyć Harry’ego, zrobić mu niespodziankę.

~ Mogę ci pomóc? ~

- No jasne, ale pod jednym warunkiem. Powiesz mi, co to oznacza? – spytał pokazując na bliznę – Przecież wiem, że łzy feniksa nie pozostawiają po sobie śladu.

~ Szukaj a znajdziesz.~

- No proooszę

~ Wkrótce się dowiesz ~

Cry nie zwracał więcej uwagi na jęki i błagania towarzysza, doprowadzając go tym do szału. Zrezygnowany mężczyzna zabrał się do pracy…

***

Dumbledore był zrozpaczony. Minął już tydzień. Tydzień ciężkich poszukiwań Harry’ego bez większego skutku. Gdzie ten bachor mógł się schować. Może został znaleziony przez tych przeklętych Śmierciożerców. Może teraz drży w konwulsjach z bólu. A może już nawet nie żyje! To by był idealny prezent.

Siwobrody staruszek uśmiechnął się ledwo zauważalnie. Otworzył trzecią szufladę od lewej wyciągając jego największą tajemnicę – cytrynowe dropsy. Pozornie każdy wie, że to jego ulubione słodycze, ale jeszcze nikt nie skusił się na spróbowanie tego zaskakującego cukierka. Każdy uważał, że mają ohydny smak. Jednak są w wielkim błędzie…

***

Czarnowłosy młodzieniec siedział luksusowym samochodzie. Licznik już dawno przekroczył dopuszczalną prędkość, ale on się tym nie przejmował. Czuł ulgę. Ogromny ciężar spadł mu z serca, gdy wyrzucił z siebie wszystkie emocje komuś innemu niż zwierzakowi. Poza tym, dostał sporo rad od Wujka, na które nie mógł liczyć od kilkudniowego ptaszka.
Teraz wracał do domu. Był zmęczony. Marzył jedynie o gorącej kąpieli i wygodnym łóżku. Nie wiedział, że to jeszcze nie koniec…

***

Wszystko było już gotowe. Zaklęcie iluzji, które zostało rzucone na pokój działało bez zarzutu. Miał małe wątpliwości w związku z nim, ale okazały się zupełnie bezpodstawne. Pokój wyglądał tak, jakim go zastał. Wszedł do łazienki z zamiarem schowania się.


***
W końcu w domu! Takie myśli kłębiły się w głowie czarnowłosego młodzieńca, kiedy wchodził do swojego zasyfionego pokoju. Trzeba będzie posprzątać ten syf. Totalnie zmęczony zaczął rozbierać się nie przejmując się rozwalonymi ubraniami. Jego zmęczenie zagłuszyło zmysły, dlatego nie zdziwił się, że wanna jest pełna ciepłej wody. Powoli zdjął z siebie resztki ubrań i zanurzył się w wodzie. Hmm… idealnie…
Zamknął oczy czując delikatne dłonie na spiętych plecach. W końcu zrozumiał, że masaż nie jest jego wyobrażeniem otwierając oczy i gwałtownie wstając, czego skutkiem było widowiskowy orzeł skierowany w stronę podłogi. Gdy już myślał o bolesnym lądowaniu, stało się coś dziwnego. Te boskie ręce, które czuł na swoich plecach uchroniły go od nieprzyjemności. Wtedy go zobaczył. Te hipnotyzujące oczy, w których się bezgranicznie zakochał. Czuł, że czas się dla nich zatrzymał. Po chwili zdał sobie sprawę, że się gapi, czego skutkiem był widowiskowy rumieniec okalający jego policzki. By, choć trochę pozbyć się niezręczności, z powrotem zanurzył się w wodzie.
Ponownie poczuł zręczne dłonie zajmujące się jego plecami. Niemal od razu zamknął oczy.

- Cześć kochanie.

- Czeeeść, jakie miłe powitanie.

- Mówiłem ci, że się spotkamy.

- Tęskniłem za tobą.

- Dlatego tu jestem.

Nie dane mu było powiedzenie nawet słowa, kiedy poczuł na swoich wargach ciepło. Odwzajemnił pocałunek udostępniając mu penetrację. Zrezygnował z walki o dominację, ulegając po chwili. Nic nie mogło zepsuć takiej chwili. Noo prawie nic.
Harry przyciągnął ukochanego bliżej siebie, kiedy mała kulka niemal wyważyła drzwi. Zaskakujące, ile siły może mieć taki maluszek. Niemal od razu odsunęli się od siebie, a romantyczny nastrój poszedł na schadzkę po Zakazanym Lesie. Podczas gwałtownych ruchów, część wody znalazła się poza wanną, przez co teraz Raven siedział na ziemi z obitym tyłkiem. Ach, ten to wie, kiedy zrobić wielkie wejście.

niedziela, 8 czerwca 2014


Rozdział 11
Nowe zadanie

Nie, to nie możliwe. Harry właśnie przeglądał się swojej twarzy. Poza tym, że urósł kilka cali, jego twarz nie zmieniła się praktycznie wcale.

- Myślę, że za długo byłeś pod wpływem zaklęcia adopcyjnego. Możliwe, że nigdy nie odzyskasz „swojej” twarzy.

- Dobra, pomyślimy nad tym później, czas na zebranie.

- Masz rację. Na razie nie będziemy cię uśmiercać – machnął różdżką po to by wepchnąć fałszywego Pottera z powrotem do celi i oboje wyszli z gabinetu.

***

W tym samym czasie, w Kwaterze Głównej trwało właśnie zebranie.

- Dumbledore, co dalej? Nie ma go już tydzień. A co, jeżeli znaleźli go Śmierciożercy. Może już leży gdzieś w rowie…

- Lupin, nie dramatyzuj. Czarny Pan, gdyby nawet zabił chłopaka, to by się tym szczycił, ale go nie ma. Nakazał wszystkim go szukać. – W tym momencie jego lewe ramię zaczęło piec.
Dumbledore, widząc to, skinął głową, aby Snape się oddalił. Wziął eliksiry, założył szatę śmierciożercy i deportował się przed Dwór Czarnego Pana.

***

Po zebraniu dwaj mężczyźni udali się w stronę gabinetu. Gdy tylko weszli do środka, Harry zdjął maskę i rzucił ją gdzieś w kąt. Rozsiadł się wygodnie na fotelu nie przejmując się morderczym wzrokiem Lorda, gdy położył nogi na stoliku.

- Chyba wiem, w czym jest problem. Twoja matka była metamorfomagiem.

- Nie myślisz, że…

- Tak.

- Ale ja nawet nie wiem, jak się zmieniać!

- Nie wydzieraj się i zabieraj nogi ze stolika. Na szczęście ja wiem. Musisz po prostu skupić się na danej części ciała i wyobrazić sobie, jak chcesz, by wyglądała.

Harry bez zbędnych ceregieli wstał i pomyślał, że chce zielone włosy. Podniósł wyczarowane wcześniej lusterko i z zadowoleniem stwierdził, że mają dokładnie taki kolor, jaki chciał.

- A jednak.

- No, skoro już się wszystko wyjaśniło, to ja spadam.

- Nie tak szybko. To nie wszystko. Mam dla ciebie zadanie.

- Ale…

- Sprawa dotyczy twojej matki i Syriusza. – na dźwięk imienia ojca chrzestnego wbił w niego wzrok i poruszył się niespokojnie.

- O co chodzi?

Riddle bez pośpiechu usiadł za biurkiem i wyciągnął plik kartek, które rzucił na blat.

- Musisz zdobyć księgę wskrzeszenia…

***

Wysoki czarnowłosy młodzieniec przechadzał się po lesie pełnym mroku i tajemniczości. Wydawał się nie przejmować niebezpieczeństwem czyhającym wokół. Harry był zamyślony. Właśnie dostał swoje pierwsze zadanie, od którego zależy czyjeś życie. Nie mógł uwierzyć, że już niedługo znowu spotka Syriusza. Tyle wypłakanych łez, tyle godzin spędzonych na obwinianiu się. I teraz będzie mógł go odzyskać! Nic nie mógł poradzić na lekki uśmiech, który pojawił się na jego twarzy. Została jeszcze ona, jego matka. W końcu ją pozna! Od czasu szczerej rozmowy z Tomem, zastanawiał się, jaka jest. Podczas pobytu znalazł album, w którym znajdowały się zdjęcia urodziwej kobiety oraz młodego Toma. Oboje uśmiechnięci, on z radosnymi iskierkami w oczach, ona z lekko zaokrąglonym brzuszkiem. Widać, że oboje są szczęśliwi.

Harry postanowił się przebiec, więc zmienił swój strój na coś wygodniejszego i zaczął truchtać. Po minucie biegł już z maksymalną prędkością. Jego wyostrzony zmysł wzroku wychwycił w około trzymetrowy klif. Z nową energią skręcił w tamtym kierunku, by po chwili nad przepaścią zmienić się w majestatycznego jastrzębia. Ptak wzbił się nad korony drzew, by jego oczom ukazał się wspaniały zachód słońca. Harry przysiadł na najwyższym drzewie, by kontynuować swoje przemyślenia.

***

Kiedy spojrzał na zegarek, ten wskazywał jedenastą w nocy. Jego głowę zaprzątnęły wspomnienia, co robił o tej godzinie w tamte wakacje. Jego usta wykrzywiły się w uśmiechu na te wspomnienia. W ułamku sekundy podjął decyzję. Zniknął w ciemnej chmurce, by pojawić się w nowiutkim Lamborgini, wygranym w ostatnich wyścigach. Gdy drzwi do garażu otworzyły się, wyjechał na ulicę z piskiem opon. Po chwili na liczniku miał 160 km/h. wreszcie czuł się we własnym żywiole. W pełni panował nad pojazdem, gdy metodą driftu skręcił w lewo. Wykręcił numer do Diabła, gdy stanął na czerwonym(nie, żeby przestrzegał przepisów).

- Za 5 minut przed domem.

Nie czekając na odpowiedź, rozłączył się i ruszył zostawiając za sobą kłęby kurzu i zdezorientowanych kierowców, gdy tylko zapaliło się zielone. Przed misterną bramą stał blondwłosy młodzieniec, ubrany w szarą koszulę oraz dopasowane do niej czarne spodnie. Oczywiście, wszystko układało się idealnie na wysportowanym ciele przystojniaka. Bez wahania Harry zgarnął chłopaka i ruszył prosto do klubu. Podróż minęła im na rozmowie. Harry opowiedział Draco o nowoodkrytych faktach.  Blondyn z niemałym szokiem przyjął fakt o rodzicach Harry’ego.

Harry zaparkował za klubem. Ze środka było słychać głośne dudnienie. Na zewnątrz czekało około dwudziestu osób. Młodzieńcy skierowali się na początek kolejki, by przywitać się z dwoma ochroniarzami pilnującymi porządku.

- Siemka chłopaki, wpuścicie nas?

- Cześć stary, jasne, szef się ucieszy.

Nim się obejrzeli, szli już ciemnym korytarzem w stronę grającej muzyki. W wielkim pomieszczeniu przebywała masa ludzi. Niektórzy okupowali bar, inni tańczyli, po prostu dobrze się bawili. Harry wraz z Draco skierował się w stronę schodów po drugiej stronie pomieszczenia. Pilnujący tam ochroniarze z uśmiechem powitała przybyszów, po czym bez zbędnych formalności przepuścili ich. Czarnowłosy po dwa stopnie wspinał się na górę, szczerząc się jak wariat, po czym zmienił się w pająka(kto by tam patrzył, że osiągał prawie trzy stopy). Nic niespodziewający się mężczyzna zadowolony z udanej akcji popijał drinka. Przydałoby się wspomnieć, że jego największym lękiem były właśnie pająki. A że kanapa, na której siedział stała tyłem do drzwi, nie zorientował się jeszcze, że nie jest już sam w pomieszczeniu. Po chwili poczuł, jak coś wspina mu się po plecach. Gdy tylko zobaczył włochatą nogę na swoim ramieniu, jego reakcja była natychmiastowa. Niemal wyskoczył z zajmowanego siedzenia piszcząc jak kobieta. Z przerażeniem spoglądał na ogromną bestię, która nic sobie z tego nie robiąc, usadowiła się na skórzanej kanapie. Mężczyzna dziękował w duchu za zamontowanie szyb i ścian dźwiękoszczelnych. Jego oczy rozszerzyły się, gdy spoglądał na pająka, który na jego oczach zaczął się zniekształcać. Po chwili przerażenie zmieniło się w wzburzenie a potem w złość. Na miejscu włochatego pająka siedział czarnowłosy młodzieniec, który nic nie robiąc z oburzonej miny swojego towarzysza opętańczo chichotał. W takiej pozycji zastał ich Draco.

- Harry, ty idioto, ty…( w tym momencie padły epitety, które nie są przeznaczone dla uszu niepełnoletnich, ponieważ powodują zgorszenie), co ty sobie wyobrażasz. Przecież wiesz, co robię, gdy widzę choćby najmniejszego pająka.- reszta została zagłuszona przez śmiech blondyna.

- Z czego rżysz tą mordę?

- Harry, zostawić cię na chwilę samego. Wujek, nie złość się, po prostu się stęsknił chłopak. Nie cieszysz się? W końcu ma z czego się śmiać. Twoja mina była epicka.

Podczas przemówienia blondyna czuły słuch wychwycił ważną w jego mniemaniu informację

- W końcu? – mężczyzna, którego nazwano Wujkiem trochę uspokojony usiadł obok zielonookiego. – Opowiadaj.

Chcąc, nie chcąc Harry opowiedział o wszystkim, co wydarzyło się na wakacjach. Wiedział, że ten człowiek nikomu nic nie powie. Ufał mu bezgranicznie. To on dał mu schronienie, gdy Vernon wyrzucił go za drzwi mówiąc, że wyjeżdża na dwa tygodnie i ma się nie pokazywać na Privet Drive. Gdyby jeszcze tego było mało, dotkliwie go pobił, po czym pozwolił swojemu kochanemu synkowi „pobawić” się z nim. Nim stracił przytomność, zdążył zadzwonić do Draco, który zawiózł go do Wujka, który poruszył niebo i ziemię, by go uratować.


Po skończonej opowieści, jeszcze długo rozmawiali. Podczas, gdy ci byli zajęci sobą, Draco zszedł na dół, nie chcąc im przeszkadzać. Już po chwili został porwany do jednego ze stolików, przy którym siedzieli jego znajomi, którzy już mu polewali. Wiedział, że nie zapamięta tej nocy.


***
Przepraszam, że tak długo, nie bijcie!!! W końcu mam trochę czasu. Szybkość pojawienia się następnej notki zależy od was i od waszych komentarzy. Pozdrawiam

środa, 14 maja 2014

Rozdział 10
Komplikacje

W końcu w spokoju pomyśleć. Dzisiejsze fakty zburzyły jego marzenia jak wiatr domek z kart. Jaki ja musiałem być ślepy, żeby nie zauważyć ich fałszywych spojrzeń przez cały czas!
Byłem tak szczęśliwy, że mam prawdziwych przyjaciół, że nie zorientowałem się, że pracują dla Dumbledore’a. Stop! Koniec zadręczania się! Chcą wojny, to będą ją mieć!

***

W gustownym gabinecie naprzeciwko siedział przystojny mężczyzna. W ręku trzymał opróżnioną już fiolkę po eliksirze. Przyzwyczajał się do swojej nowej twarzy. No, w końcu jakoś wyglądam! Na jego biurku leżał stos papierów, które tworzyły artystyczny nieład. Przyjrzał się im dokładnie, po czym westchnął. Nie znosił papierkowej roboty, ale jak chcesz władać nad światem, to samo to się nie zrobi. Westchnął ponownie, po czym zagłębił się w kolejny raport. Swietnie, po prostu super. Czy ta idiotka Bella nie potrafi wykonać tak banalnego zadania? Ten świat schodzi na psy. Trzeba podszkolić te łamagi. Nie dokończył stwierdzając, że nie ma siły czytać tych śmieci.

Przetarł swoje szmaragdowe oczy z przebłyskami czerwieni, po czym otworzył drugą szufladę po lewej, gdzie trzymał najważniejsze dokumenty. Wyciągnął siwą teczkę i otworzył je. Przestudiował je dokładnie, po czym na jego twarz wpłynął pełen zadowolenia uśmieszek.

***

Raven po skończonych zajęciach, wychodził z mugolskiego gimnazjum. Od dwóch lat chodzi tam regularnie i uczy dzieciaki samoobrony. Te dzieciaki coraz szybciej się uczą. Jeszcze pamiętał, jak przechadzał się tymi ulicami…

WSPOMNIENIE:

Niebywale przystojny chłopak przechadzał się jakąś cichą ulicą, której nazwy nie pamiętał. Miał właśnie wsiadać na swój ścigacz, gdy jego czuły słuch zarejestrował dziecięcy krzyk. W mgnieniu oka oszacował, skąd pochodzi i z nadnaturalną szybkością pobiegł w stronę dźwięku. Swoim szóstym zmysłem wyczuł strach. Jeszcze szybciej popędził w tamtą stronę. Według tego, co ustalił, to działo się tuż za rogiem. Jego nogi stąpały bezszelestnie po asfalcie. Szedł przy ścianie zlewając się z cieniem. Jego oczom ukazała się scena przedstawiająca łkającą, zrezygnowaną około 14-letnią dziewczynę klęczącą w rogu. Nad nią górował około 25-letni mężczyzna. W jednej ręce trzymał nóż, a drugą rozpinał guzik od spodni. Młodzieniec więcej nie zwlekał. Bezszelestnie podszedł do napastnika i wykręcił jego ręce. W jego wolnej dłoni pojawiły się kajdanki, które po chwili zostały przypięte do bandyty. Pomiędzy jego rękami znajdowała się latarnia, by nie mógł nigdzie uciec.

- Nic ci nie zrobił?

- N..nie – załkała nastolatka

- Jak masz na imię?

- F..Fiona

- Chodź, odwiozę cię do domu…

KONIEC WSPOMNIENIA

Od tamtej chwili przysiągł sobie, że pomoże tym biednym dzieciom.

Jego rozmyślania przeniosły się na pewnego, przystojnego bruneta.

***

Harry właśnie wychodził z łazienki opasany jedynie ręcznikiem, gdy z kominka wypadła zielona karteczka. Przeleciał wzrokiem po tekście, po czym zmarszczył brwi. Ciekawe, co on chce. Szybko się ubrał i poszedł na spotkanie.

***

Gdy siedział już w wygodnym fotelu i popijał drinka, rozejrzał się jeszcze raz po gabinecie. Po prawej stronie znajdowały się czarne drzwi. Czy one zawsze tam były? A może drzwi pojawiły się tak jak i mnie w pokoju? Jego rozmyślania przerwał odgłos butów.

- Witaj Harry, jak się spało?

- Nie narzekam

- Pewnie zastanawiasz się, po co cię wezwałem. Mam dla ciebie eliksir, który przywróci twój wygląd. Ale najpierw daj mi swój włos.

Harry z lekkim wahaniem wyrwał włos z własnej głowy i podał mężczyźnie. Dopiero teraz spojrzał na niego i aż się zachłysnął. Zobaczył przystojnego mężczyznę po trzydziestce ze smoliście czarnymi włosami sięgającymi połowy szyi. Dwudniowy zarost dodawał urody. Jedynie po nienaturalnie czerwonych, zimnych oczach mógł rozpoznać, że to Lord Voldemort. Gdy zdał sobie sprawę, że się gapi, odwrócił wzrok. Mam nadzieję, że nie rumienię się jak jakaś nastolatka. Gdy już jako tako się uspokoił, ponownie spojrzał na siedzącego przed nim mężczyznę.

Tom wyjął z szuflady fiolkę z bladożółtym płynem przekształcony eliksir wielosokowy, ciekawe i wrzucił włosa. Nakazał mu, by poszedł za nim i oboje weszli do tajemniczego pokoju. W środku leżał jakiś starszy człowiek około pięćdziesiątki. Bez protestu dał sobie wlać do ust ohydny płyn. Wypił do dna, choć widać było, się skrzywił. Harry już wiedział, co się stanie. Przypomniał sobie drugi rok w Hogwarcie, gdzie razem z Ronem zmienili się w Crabe’a i Goyle’a. po chwili wyrzucił to wspomnienie z głowy. Koniec z przeszłością. Na jego oczach pojawił się Harry Potter. Riddle związał go i wyprowadził z celi.


- Zaraz odbędzie się zebranie, gdzie zabijemy Harry’ego Pottera. Nie odzywaj się niepytany, okazuj szacunek i nie zdejmuj maski, ale najpierw eliksir. – Nim się zorientował, już trzymał w dłoni bladoniebieski eliksir. Wzruszył niezauważalnie ramionami i wypił duszkiem napój. Tak jak się spodziewał, poczuł w ustach słodko-kwaśny posmak. Po sekundzie poczuł się słabo. Czuł, jakby rozciągano całe jego ciało. Ból był niemiłosierny. Ale jak się pojawił, tak skończył. Otworzył czy nie wiedząc, kiedy je zamknął i spojrzał na Riddle’a. Miał nieco rozszerzone źrenice, brwi podjechały mu pod sam czubek czoła a usta miał ściągnięte. Bez słowa wyczarował lustro nie przejmując się czymś tak trywialnym, jak wyciągnięcie różdżki i spojrzał na nie. Nie, to nie możliwe…


Błagam, nie bijcie…
Przepraszam was za ten poślizg w czasie, ale mam dosłowny młynek. Przepraszam za krótki rozdział, postaram się napisać następny w następnym czasie. 

sobota, 29 marca 2014

Rozdział 9
    Ulica Pokątna

Tekst – wężomowa
Tekst – myśli

***

Harry leżał na łóżku i rozmyślał. Co mam zrobić? Kiedyś chciałem być normalnym dzieckiem, a teraz? Co sobie pomyślą Ron i Hermiona? Nie, nie powiem im, że moim ojcem jest Voldemort. To byłby koniec naszej przyjaźni. Chciałbym wiedzieć, co robią. To jest myśl! Pójdę na Pokątną, ponoć mieli dzisiaj robić zakupy. Przy okazji odwiedzę bliźniaków. Gdy tylko Harry o nich pomyślał, zrobiło mu się ciepło na sercu. Ach, Fred i George. Co ja bym bez was zrobił.

Bez pośpiechu założył czarne szaty oraz maskę. No to w drogę.

Już wczoraj zauważył, że drzwi nie zostały zablokowane, więc bez wahania wyszedł na znany mu korytarz. Doszedł do drzwi naprzeciwko i cicho zapukał. Odpowiedziało mu mrożące krew w żyłach Wejść i wszedł do środka…


- Co masz dla mnie Lucjuszu?

- Panie – blondwłosy arystokrata ukłonił się i kontynuował – księga znajduje się gdzieś w pobliżu wysp Galapagos. Tylko jest pały problem.

- Jaki problem? – Riddle najlepiej od razu wysłałby swoich ludzi na poszukiwania tej księgi, a tu wyskakuje mi taki z problemem.

- Księga znajduje się gdzieś w jaskini, jestem już bliski dokładnej lokalizacji, ale tu pojawia się problem. Żeby otworzyć jaskinię, trzeba zdobyć te oto artefakty – podał swemu panu plik kartek z lokalizacją – legendy głoszą, że tylko ktoś o czystym, nieskalanym krwią sercu może odnaleźć księgę.

No tak, zawsze musi być jakiś haczyk.

- Dobrze się spisałeś Lucjuszu, szukaj dalej – blondyn ponownie ukłonił się z cichym Dziękuję Panie.

- A ty Severusie, masz to, o co cię prosiłem?

- Oczywiście, Panie – już miał zamiar wyciągnąć fiolki z kieszeni swojej obszernej szaty, gdy usłyszał odgłos pukania.

- Wejść

Drzwi się otworzyły ukazując postać w czarnej szacie i tego samego koloru maskę, co zszokowało dwóch mężczyzn. Ten jak gdyby nigdy nic usiadł sobie na krześle przyglądając się dwóm Śmierciożercom.


Harry wszedł do pomieszczenia. Tak jak przypuszczał, Riddle miał gości. Bez pośpiechu wszedł do środka i usiadł na krześle. Przedstawienie czas zacząć.

Witaj ojcze – przez te dwa lata zmienił mu się troszkę głos.

- Witaj, czegoś chciałeś?

- Chciałem cię tylko poinformować, że wybieram się na Nokturn, więc jakbyś czegoś chciał…

- Nie, niczego nie potrzebuję, trafisz z powrotem?

- Oczywiście – odpowiedział w wężomowie i zniknął w czarnej chmurce.

Nadal oszołomieni mężczyźni tylko patrzyli na miejsce, w którym jeszcze przed chwilą stał chłopak.

- Lucjuszu, Severusie to właśnie był Czarny Książę. Mój syn. Miałem go przedstawić dzisiaj na zebraniu kręgu wewnętrznego.

- Wracając do sprawy, to są te eliksiry – powiedział ze swoją maską obojętności

- Dobrze Severusie, możecie się oddalić.


Tymczasem w pokoju naprzeciwko Harry przebierał się na spotkanie z przyjaciółmi.

Deportował się w pelerynie niewidce przed Dziurawym Kotłem. Niezauważony przeszedł przez bar, po czym udał się na zakupy.

Po dwóch godzinach poszukiwań przyjaciół Harry wszedł do księgarni. Zrezygnowany przemieszczał się bezszelestnie w stronę działu z eliksirami. Jego twarz rozjaśniła się w uśmiechu, gdy zobaczył dwie znajome głowy. Chcąc wiedzieć, o czym rozmawiają, podszedł bliżej (oczywiście nadal w pelerynie).

- Gdzie ten idiota się podziewa? – usłyszał zbulwersowany głos Rona

- Ciszej, rzucę zaklęcie wyciszające, dobrze, że Dumbledore załatwił nam pozwolenia już na czwartym roku – widział jak Hermiona rzuca zaklęcie wyciszające, ale stał na tyle blisko, że mógł ich dalej słyszeć – mówisz o Harry’m? Nie wiem i nie chcę wiedzieć. Mam dosyć tego przymilania się do niego i wysłuchiwania, jaki to ja Złoty Chłopiec jestem pokrzywdzony Może śmierciożercy zrobili nam przysługę i zabili go? Pomyśl o tym. Wtedy całe to złoto, które marnuje się w jego skrytce należałoby do nas. Wyobrażasz to sobie.

- Tak. Ciekawe, ile milionów by nam przypadło – widząc rozmarzony wyraz twarzy przyjaciela nerwy mu puściły, ale nie odezwał się. O tak, widzę, że dobrze wybrałem. Ciekawe, ile lat Dumbledore mnie okrada?

- To się niedługo skończy. Jak Sam-Wiesz-Kto już zabije Pottera, profesor Dumbledore jako najpotężniejszy czarodziej tych czasów zabije Sam-Wiesz-Kogo będzie miał władzę, a my pieniądze Hahahahaha

- Taak. To doskonały plan. A ten naiwniak sam się rzuci myśląc, że robi dobrze. Bo zrobi dobrze, ale dla nas.

Harry miał już dość. Jak ja mogłem być tak naiwny? O nie, pożałujecie wszyscy!!! I wyszedł z księgarni nawet nie spoglądając za siebie.

Dotarł do sklepu bliźniaków. Niepewnie wszedł, myśląc, że oni też są w to zamieszani. Podszedł do Freda (albo Georga), złapał go za rękaw i pociągnął na zaplecze sklepu. Dopiero tam zdjął pelerynę.

- Na Merlina Harry, przestraszyłeś mnie na śmierć, co ty… co ci się stało, dlaczego płaczesz?

I Harry opowiedział mu o usłyszanej rozmowie patrząc przez cały czas na twarz swojego towarzysza. Jego niedowierzająca mina jasno mówiła o tym, że nic nie wiedział. Jak się zorientował, drugi z bliźniaków dołączył do nich.

- Och, Harry, braciszku, nie przejmuj się. Nasz brat to idiota. Pożałuje tego. Od dzisiaj nie jest już naszym bratem.

- Harry właśnie zwolniło nam się miejsce…

- Chcesz być naszym bratem? – widząc chytre uśmieszki u bliźniaków, rozpromienił się.

- Z przyjemnością.

- No to oczekuj naszej sowy z nowymi fotkami.

- Dzięki

- Nie ma za co, no to gdzie…

- Ukrywałeś się nasz braciszku?

- Nie mogę wam teraz powiedzieć, ale gdy tylko będzie okazja, wszystko wam wyśpiewam.

- Trzymamy cię za słowo.

- Jasne, ja spadam, trzeba załatwić kilka spraw u Gringotta.

- Do zobaczenia.

Harry już w lepszym humorze skierował się do banku. Gobliny od razu go rozpoznały, po czym się nim odpowiednio zajęły. Harry postanowił cały swój majątek przenieść do jednej skrytki. Ten, kto ma klucz, jest właścicielem skrytki i jej wnętrzności. Dzięki temu, jak się zmieni, będzie dalej miał dostęp do swoich pieniędzy. Zadowolony wrócił do zamku Riddle’a.